więcej niż fotografia

Pracownia fotografii jako miejsce spotkania… z samym sobą

Ostatnio koleżanka w rozmowie zapytała mnie jak wyglądały zajęcia na studiach: jak wyglądała pracownia fotografii? Wywołało to lawinę ciepłych wspomnień, słów i inspiracji…

Pamiętam początki, jakby to było wczoraj… Na planie sprawdziłam numer sali. Z teczką fotografii w ręku czekam na profesora. Wokół obcy dla mnie jeszcze ludzie, a to z nimi miałam spotykać się przez następne lata. Wchodzimy do sali. Na środku stoi duży stół, wokół kilka krzeseł, pod ścianą biurko z komputerem, głośniki, szafki. Każdy znajduje sobie miejsce przy stole, nieśmiało uśmiechając się do siebie nawzajem. Wchodzi Profesor. Odchrząkując, mówi głośno „dzień dobry”, zdejmuje płaszcz, włącza komputer, z głośników zaczyna lecieć cichutko muzyka. Dobra atmosfera.

Uspokajam oddech. 

Nagle gaśnie główne światło, a zapalają się 3 lampy nad nami. Zwisają tuż nad głowami, centralnie nad stołem. Od teraz staje się on dla nas najważniejszym miejscem, niczym stół laboratoryjny. To tu będziemy oglądać zdjęcia z każdej strony, pochylać się nad nimi, zastanawiając się nad ich przesłaniem i wagą. To tu będziemy wyciągać z siebie prywatne myśli, skojarzenia, refleksje.

Zaczynamy zajęcia.

Wyciągam zdjęcia z teczki i starannie rozkładam je na stole. Opowiadam o tym, kogo sfotografowałam. Cisza. Profesor zamyka oczy, nie chce patrzeć na leżący papier. Oczekuje, że opowiem mu o obrazie, który pokazałam. W szczegółach. Z odpowiedzią dlaczego ta fotografia ma wywołać w nim „och i ach”. Mówi, że jest ślepy, więc nie widzi co to za obraz. Chce usłyszeć. Jak mam mu to teraz wytłumaczyć? „Czarno – biała fotografia, zdjęcie dziewczyny, która tańczy w ciemnej sali”. Nie, to bez sensu. On nic nie rozumie, zaraz wyrzuci to do kosza. A ja nie chcę tego, bo te zdjęcia są dla mnie ważne. Przełykam ślinę i zaczynam opowiadać. Nie to, co widzę, ale to, co te zdjęcia we mnie wywołują. 

Opowiadam o chwili, kiedy robiłam zdjęcia i dlaczego je robiłam. Wnikam w siebie, głośno myślę, szukam słów na wyrażenie atmosfery, która wypełniała mnie w trakcie tworzenia obrazu. Opowiadam o tym ulotnym dreszczu, o tym co mnie inspiruje, o tym dlaczego lubię patrzeć na tę fotografie. Nagle profesor otwiera oczy, widzi i uśmiecha się. Właśnie o to chodziło. Wyciągnęłam z siebie coś głębokiego, pewną szczerość i uwagę. Te zdjęcia nie są już obojętne dla niego. Dotyka, przygląda się i zadaje pytania. Podskórnie czuję jego pełną akceptację i wsparcie. Tak wygląda praca nad każdym obrazem. W sumie kilka lat wspólnej pracy, ciągłej rozmowy, szukania, sprawdzania, niepewności, wyrzucania zdjęć, ale w końcu też zrozumienia i szczerości. 

I teraz czuję ogrom szczęścia, że trafiłam pod dobrą opiekę. Nie wiem czy jestem w stanie wyrazić swoją wdzięczność. Może nie muszę, może On o tym wie, a może będę miała kiedyś okazję do wypowiedzenia tego na głos.

Fotografia mnie zmieniła, uwrażliwiła nie tyle na obraz, co na drugiego człowieka. Przede wszystkim też na siebie. Pozwoliła zaakceptować moją wrażliwość, wydobyć ją odważnie ze mnie i pokazać jaka jest piękna. Dodatkowo te zajęcia pokazały mi w którym kierunku iść, gdzie drążyć, żeby uzyskać odpowiedź i czego szukać w sobie, żeby wyrazić to na zewnątrz. I teraz wiem, że z takim bagażem wiedzy mogłam śmiało ruszyć przed siebie i szukać okazji do fotografowania.

 

Zdarzyło się…

Coś ważnego i wyjątkowego. Spotkanie, które głęboko mnie poruszyło. Nie myślałam wtedy nad zdjęciami, nie czułam bariery, jaką stwarza czasami aparat fotograficzny, wręcz przeciwnie – był przedłużeniem mojej ręki. Ja sama – uczestnikiem.

Tak efemeryczne doświadczenie utknęło mi podskórnie i wciąż słyszę muzykę, czuję na skórze atmosferę ciemnej sali, pod sobą drewnianą zimną podłogę, poruszam się, przybliżam, oddalam, wiruje wokół, obserwuję. Piękne doświadczenie. Na długo zostanie mi w sercu.

* Specjalne podziękowania dla Angeliki.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.